poniedziałek, 30 stycznia 2017

Subotica

        Sporo w tym BLOGU mazania się. A to zmęczeni a tu ciężko, a to nie ma gdzie spać. Ale to wcale nie jest tak. Wszystkie te momenty męczarni, przestawały mieć jakiekolwiek znaczenie, kiedy zdobywaliśmy kolejny cel. Kolejne miasto, kolejny nocleg, kolejne żarcie. Dlatego ominę wam jeden, tragiczny dzień, podczas którego dotarliśmy do miasteczka Dunafolvard i przejdziemy od razu do granicy Węgiersko-Serbskiej.
Podekscytowanie sięgało zenitu. Nie mieliśmy już pieniędzy i po ponad tygodniu na Węgrzech, byliśmy tym krajem zwyczajnie znudzeni. Chcieliśmy zobaczyć coś więcej. Gdy kolejny kierowca wysadził nas przy samym przejściu granicznym byliśmy pełni energii i ciekawości tego co nas zaraz czeka.
Humor dodatkowo poprawił mi, znaleziony przy samej granicy CAŁY papieros. Wetknąłem go za ucho i z uśmiechem na ustach pruliśmy dalej przed siebie. Dobrego samopoczucia nie zepsuły mi zasieki z drutem kolczastym, czy strzeżący ich żołnierz z kałasznikowem wiernie spoczywającym na jego kolanach. Nawet ciągnący się po naszej prawej obóz uchodźców nie wydawał się być niczym strasznym, lecz ekscytującym. Wyciągnąłem więc telefon, aby wykonać zdjęcie, jednak Dominik poinformował mnie, że to nie jest najlepszy pomysł. Miał oczywiście rację. Mój vibe popsuł dopiero kolejny żołdak, krzyczący do nas niezrozumiale po węgiersku. Nie reagował wcale na "we don't speak Hungarian" i raz po raz strzelając wiązkami śliny, dalej pruł się do nas w najlepsze. Dopiero po chwili przekierował nas do kolejnego gościa, który sprawdził nasze paszporty i, jak to szanujący się Węgier, spropsował nasze polskie pochodzenie. Zostaliśmy przekierowani dalej. Zostaliśmy zawołani do okienka, w którym jakaś pani przeprowadziła z nami krótki wywiad, na temat celu i przyczyn naszej podróży

-WHERE ARE YOU GOING???!?!  - zapytała uprzejmie
-S-serbia? - odpowiedziałem
-Belgrade - dopowiedział Dominik






Przybiła nam pieczątkę, po czym pozwoliła udać się dalej. Powoli zaczęło do nas docierać gdzie się właściwie znajdujemy. Po lewej - opuszczone budynki, w których jeszcze do niedawna znajdowały się wszelkiego rodzaju kawiarnie i bezcłowe sklepy. Po lewej - wydający się nie mieć końca pas namiotów i innych prowizorycznych schronien, a wśród nich wałęsający się, ubrani w obdarte szmaty ludzie. Dookoła nas - obdarzeni skórą o barwie każdego rodzaju kawy, od Latte Macciato z syropem migdałowym, po klasyczną parzochę - UCHODŹCY, którzy od miesięcy czekają na jutro. Jutro jedziemy na Węgry, powiedział nam jakiś chłopak, całkiem niezłym angielskim. W rytm arabskiej muzyki płynącej ze starego sprzętu grającego okupowanego, przez lokalnych odpowiedników meneli, ruszyliśmy dalej, coraz mniej pewni swojego położenia. Chodź imigranci wydawali się nie być groźni, raz po raz pozdrawiając nas swoiskim SALEM ALEIKUM (tak na prawde "hello mówili"), jednak z jakiegoś powodu, nie byliśmy w stanie w pełni zaufać ich uśmiechom. Chcieliśmy jak najszybciej złapać stopa, by znaleźć się w najbliższym mieście - Suboticy.
W końcu, po dłuższej chwili nam się udało. Do auta zaprosił nas Vladimir. Vladimir sprawiał wrażenie sympatycznego gościa. Uspokoił nas mówiąc, że w mieście mają pyszne lody i świetne piwo, a sytuacja z uchodźcami wygląda tak jedynie przy granicy. Vladimir okazał się być pierdolonym kłamcą.
Po do dotarciu do miasta, byliśmy szczęśliwi jak nigdy wcześniej. W kieszeni garść serbskich Dinarów, kupionych wcześniej na granicy, ciążyła przyjemnie, więc postanowiliśmy sprawdzić zapewnienia Vladimira. Kupiliśmy lody. Okazały się być, conajwyżej, przeciętne. Uznaliśmy, że nocujemy na wylocie miasta w stronę Novi Sadu, więc udaliśmy się mniej-więcej na południe. Naszą uwagę zaczęli przyciągać sporadycznie spotykani przedstawiciele mniejszości narodowych. Postanowiliśmy się tym za bardzo nie przejmować. W jakimś małym sklepiku zakupiliśmy, zachwalane przez Vladimira, piwo "JELEN", po czym udaliśmy się dalej. Uchodźców na drodze spotykaliśmy coraz więcej. W pewnym momencie byliśmy wręcz pewni, że natrafiliśmy na jakiś szlak, wyznaczony specjalnie dla nich. Zaczęło nas to martwić, gdyż wielu z nich szło dokładnie tą samą drogą co my - poza miasto, w stronę Novi Sadu. Nasze przypuszczenia rzeczywiście się potwierdziły. Jakiś sympatyczny artysta w pumpach, siedzący na rowerze, pospiesznie chowając swój notesik z rysunkami, poinformował nas, że po drugiej stronie miasta znajduje się kolejny obóz. Osobiście nie widziałem nic przeciwko minięciu go i zaszyciu się gdzieś dalej, jednak robiło się już ciemno i stanęło na tym, że wolimy nie ryzykować. Udaliśmy się więc wgłąb miasta, aby szukać schronienia. Rozważaliśmy opuszczone tory kolejowe i cmentarz, jednak ostatecznie rozbiliśmy się na poletku zieleni za stacją benzynową. Przed snem wypiliśmy jeszcze piwo "Jelen", które smakowało oczywiście jak szczyny odwodnionego człowieka. Dzięki Vladimir.
W nocy oczywiście obudziła nas burza. Ta sama burza. Dogoniła nas i znowu rozpoczęła naprzemienne ogłuszanie i oślepianie nas. Dobrze, że u nas nie ma takiej burzy, bo wówczas bałbym się burzy bardzo. I nagle mnie oświeciło i nie chodzi tu o kolejny błysk rozświetlający niebo. Zorientowałem się, ze nasz namiot jest rozbity pod jedynym w okolicy drzewem. Każde dziecko w podstawówce wie, że kilkukrotnie zwiększa to ryzyko uderzenia w nas pioruna. Postanowiłem poinformować o tym Dominika. On szybko mnie uspokoił.
-Jak coś to wyskoczymy.
Ciężko było polemizować z tak żelazną logiką, więc ponownie zasnąłem.

Spokojny sen zakłócił nam jeszcze tylko meczet i jakoś dotrwaliśmy do rana.
Wyszliśmy na drogę, by łapać stopa do Novi Sadu. Jakiś obozowicz spytał nas wówczas czy mamy problemy z noclegiem, co było bardzo miłe z jego strony. Ostatecznie udało nam się jednak opuścić miasto i nie była nam takowa pomoc potrzebna. Jednakowoż pozwoliliśmy się wysadzić na autostradzie. To był błąd. Duuuuży błąd.

czwartek, 12 stycznia 2017

Balaton

Kilkugodzinna jazda dała nam przestrzeń do snucia planów na wyborny odpoczynek. W myślach odwiedzaliśmy Tesco, aby tam zakupić kiełbaski na ognisko i kolejne butle wina. Ciężko nam było sobie wyobrazić, że coś może jeszcze pójść źle. Szczególnie, że po dotarciu na miejsce okazało się, że w Balatonfured, rzeczywiście znajduje się Tesco, które po jakimś czasie zdobyliśmy szturmem. I tutaj nasza dobra passa się skończyła.






Musicie wiedzieć, że Balaton to największe jezioro w Europie. Z tego względu, ten ciągnący się na ponad 70 kilometrów, zbiornik wodny, często nazywany jest "węgierskim morzem". Sama miejscowość Balatonfured zaś, jest największą ze znajdujących się nad brzegiem jeziora. Jeżeli wasza zdolność łączenia faktów, chociaż odrobinę przewyższa naszą, domyślacie się pewnie, iż pomysł spokojnego namiotowania tam, jest conajmniej chybiony. Balatonfured okazał się być węgierskim odpowiednikiem Mielna. Miasto na wskroś imprezowe, wypełnione najebanym motłochem. Co więcej, okazało się, że liczne hotele znajdujące się u samego brzegu jeziora, roszczą sobie prawa do plaży. Wejście na nią było niemożliwe. N i e m o ż l i w e.
Zapadła już noc, a my zostaliśmy kompletnie bez pomysłu, na miejsce w którym moglibyśmy pójść spać. Balatonfured miało nam do zaoferowania jedynie pijaną młodzież, rzucającą w naszą stronę kostkami lodu z rozpędzonego auta. Po około trzech godzinach poszukiwań, noszenie plecaków obciążonych dodatkowo kilkoma kilogramami wina, jak i ogólne zmęczenie i poczucie beznadziei dało nam się we znaki jak nigdy wcześniej. Nie mieliśmy więc wyjścia. Musieliśmy się balastu pozbyć. W tym celu udaliśmy się na molo.

Dwie butelki wina i kilka wkurwiających okolicznych wędkarzy, nieczysto zaśpiewanych kawałków później, nasze morale znacznie wzrosło. Alkohol ma to do siebie, że pozwala często zapomnieć o tym w jak bardzo beznadziejnej sytuacji się znajdujemy, a także podejmować błyskawiczne decyzje. Najczęściej ich konsekwencje nie są zbyt korzystne, jednak nam się pofarciło. Pierwszym doskonałym wyborem było zemszczenie się nad Balatonem za tak mizerną gościnę jaką nam zaserwował. W tym celu oddaliśmy mocz wprost na taflę tego niewdzięcznego jeziora. Poprawiło nam to humory znacznie, więc postanowiliśmy wrócić do poszukiwań.
Po drodze zatrzymaliśmy się jednak na zamkniętym stoisku z VR. Zamknięte, to właściwie duże słowo, ponieważ stoisko stało po prostu opuszczone bez sprzętu. Pomimo tego, ze prąd był odcięty, nasze umiejętności inżynieryjne (włączenie przycisku na listwie), pozwoliły nam podłączyć telefony do ładowania. Tym samym uruchomiliśmy też stoisko obok, które było swojego rodzaju barem na wolnym powietrzu. Włączyliśmy wszystkie lodówki i światła, jednak wino szeptało nam do ucha, że nie ma się czym przejmować. I miało rację. Kiedy węgierska policja - ze względu na napis Rendőrség z boku radiowozu, nazywana przez polskich TIR-owców "Rendżersami" - przejeżdżała obok nas, my wygodnie siedzieliśmy w plecionych fotelach, a oni nawet nie zwolnili.
Następną trafną decyzją był wybór miejsca, w którym rozbijemy obozowisko. Postanowliśmy zrobić to w krzakach po drugiej stronie ulicy.
Jakos dotrwaliśmy poranka. Skacowani, brudni i jedzący pasztet na ławce pod hotelem, nie pasowaliśmy zbytnio do panoramy miasta. Przyszła pora aby stamtąd spierdalać i w końcu trochę odpocząć. Udało nam się w internecie znaleźć listę darmowych plaż, nad Balatonem. Wybór padł na miejscowość Balatonkarattya. Kilka godzin później, po dotarciu na miejsce, okazało się oczywiście, że nie jest to takie proste. Znaleźliśmy kilka wejść na plażę, ale wszystkie były płatne i otwarte do określonej godziny. Nam zależało na czymś zgoła odmiennym, ponieważ nad brzegiem balatonu mieliśmy plan spędzić jakieś dwie noce. W poszukiwaniu darmowej plaży, okropnie zgłodnieliśmy. Była to okazja, żeby w końcu spróbować Langosza.

Langosz, to okrągły, smażony na głębokim tłuszczu, dosyć gruby placek. Najtradycyjniej podaje się go z sosem czosnkowym i serem. Trik polega na tym, że placek smarujemy sosem, po czym dopiero sypiemy starty ser. W ten sposób nie roztapia się on. Istnieją przeróżne wariacje na temat Langosza, można go dostać z kiełbasą, czy choćby z leczo, ale ten występował najczęściej.
Typowy Langosz
Muszę przyznać, że ciężko mi obiektywnie ocenić smak owej przekąski, bo poziom mojego głodu przy dorywaniu się do niej sięgał poziomu niemalże Afrykańskiego. Wydaje mi się jednak, że warto takiego Langosza spróbować, co nawet nie jest takie trudne w Polsce. Nie da się jednak zagwarantować, iż będzie to ten sam poziom doznań.
W końcu zostaliśmy pokierowani w stronę darmowego wejścia na plażę. Po pokonaniu około stumetrowej ścieżki przykrytej błotem po kostki byliśmy w końcu na miejscu. W końcu na reszcie! To była ulga jak skurwysyn. Popływaliśmy trochę, po czym położyliśmy się spać, w hamakach na tarasie swego rodzaju knajpy plażowej.
Z samego rana zrobiliśmy nareszcie pranie, po czym rozłożyliśmy je na kamieniach przy brzegu do wyschnięcia. To był błąd. Duży błąd.
Dogoniła nas. Ta kurwa po raz kolejny i wcale nie ostatni, dogoniła nas. Przyszła nagle. Jezioro wzburzyło się, niebo zaszło chmurami, a porywisty wiatr utrudniał poruszanie się w lini prostej. Pokazała nam wielkiego faka, zmoczyła niemal wszystkie schnące spokojnie ubrania i zgubiła nasze frizbi. Burza o której mowa zmusiła nas do ponownego skrycia się pod wiatą. W towarzystwie obściskującej się pary osuszyliśmy dwa wina na pocieszenie. I oczywiście podziałało. Burza nie odebrała nam dobrego humoru związanego z możliwością odetchnięcia. Czas spędzony przymusowo w ukryciu, wykorzystałem do przeorganizowania plecaka. Gdy tylko burza się uspokoiła naszła mnie ochota na kąpiel. Muszę przyznać, że pływanie pod wpływem węgierskiego alkoholu, we wzburzonych wodach balatonu, o zachodzie słońca, jest jedną z ładniejszych rzeczy jakie robiłem.
Nadeszła kolejna noc. Tym razem jakiś przybrzeżny strażnik nie oszczędził nam nocowania na dziko i wyraził swoje niezadowolenie związane z podwieszonymi  na tarasie hamakami. Stróże prawa na Węgrzech, okazali się jednak być na prawdę wyrozumiali i pomimo bariery językowej dogadaliśmy się jakoś. Pan strażnik oznajmił nam, że ma nas tu nie być "am morgen".
No i tak też się stało. Zregenerowani i pełni optymizmu, wyruszliśmy w dalszą drogę. Byliśmy szczególnie podekscytowani z jednego powodu. Zbliżaliśmy się do granicy Serbskiej.