Sam Tokaj, to bardzo przytulne miasteczko turystyczne. Ładny ryneczek, fontanienki, dookoła winnice i stare domki z cegły. Nad wszystkim wznosi się wulkaniczna góra, o jakże przewrotnej nazwie "Tokaj". Klimat bardzo rodzinny, nadmorski. Miasteczko idealne na odprężenie się w promieniach cieplutkiego węgierskiego słońca.
Jeśli wybieracie się do Tokaju na weekend, upewnijcie się, że macie w kieszeni lokalną walutę - Forinty. My dotarliśmy tam w sobotę. Jedynym miejscem na kupienie Forintów w tokaju, jest lokalny bank, zamknięty na weekendy. Był to jednak pretekst, żeby zwiedzić miasteczko, gdyż musieliśmy się wybrać do bankomatu. Część turystyczna Tokaju składa się głównie z długiego deptaku. Po jego obu stronach na zmianę: sklep z winem, restauracja, spożywczy (zamknięty w Sobotę). Przy akompaniamencie bełkotliwych pieśni pijaczków sączących białe wino z dwulitrowych, plastikowych butelek, wyruszyliśmy po tzw hajs (pieniądze), po czym zdecydowaliśmy się zjeść w końcu prawdziwy obiad.
Z tego miejsca chciałem wyrazić swoje niezadowolenie związane z restauracją przy hotelu MILLENIUM. Chociaż gulasz wołowy, z drobnymi kluskami był całkiem smaczny, to przybytek ten zostawił w nas po sobie raczej negatywne emocje. Jedyną osobą, która mówiła tam po angielsku był kierownik - Turas. Rzeczony p
rzedstawiciel mniejszości narodowej ociulał nas wmawiając, że zjedliśmy właśnie BIG PORTION, w momencie gdy ewidentnie zamówiliśmy porcję małą.
Po obfitym - według Turasa - posiłku, postanowiliśmy za resztę pieniędzy zakupić jakieś miejscowe wino. Ze względu na małe fundusze, wybór padł na najtańsze - Tokaj. Jak się później dowiedzieliśmy, był to jednak błąd. W Tokaju, Tokaj kosztował nas ponad 700 Forintów (około dwóch Euro), w normalnych miejscowościach kosztuje ono około 300, więc jeśli wasz fundusz jest tak samo ograniczony jak nasz, polecam zaopatrzyć się w alkohol trochę wcześniej.
Po wypiciu winka, przyszła pora na rozbicie obozu. Przekroczyliśmy rzekę, minęliśmy prawdziwe pole kempingowe i rozłożyliśmy namiot na jakimś polu za krzakami. Bardzo polecam tę miejscówkę, właściwie nikt się tam nie zapuszcza.Powoli zapadała noc. Z drugiej strony rzeki dało się usłyszeć coraz głośniejsze śmiechy i krzyki turystów, którym wino najpewniej stopniowo zamieniało się miejscami z płynem mózgowo-rdzeniowym. Ze względu na puste kieszenie, nie byliśmy w stanie dołączyć się do zabawy, postanowiliśmy więc wziąć kąpiel. Do tego celu udaliśmy się nad rzekę przepływającą przez Tokaj. Wyglądała na niezbyt czystą i pachniała wcale nie lepiej (jebała), jednak komfort psychiczny po takiej kąpieli był porównywalny z klasyczną wanienką.
Następnego dnia zostawiliśmy plecaki w informacji turystycznej i wybraliśmy się na podbój szczytu góry Tokaj. Chociaż nie jestem entuzjastą wchodzenia pod góre jak debil, postanowiłem się poświęcić i pokonać te, jakby to powiedział Prezydent Donald Trump "tremendous", 515 m.n.p.m. Okazało się, że było warto. Miasteczko z tej wysokości wyglądało bardzo imponująco. Dodatkowo mieliśmy okazję obserwować start paralotniarzy, co sprawiło na mnie większe wrażenie niż się spodziewałem. Oglądając sobie zdobywców przestworzy, zajadałem się ostatnim w tej podróży Gulaszem Angielskim. Muszę wam się przyznać, że nie spodziewałem się, że kiedykolwiek zatęsknię za tym przysmakiem, jednak w świecie południowej Europy na próżno szukać konserwy z zawartością mięsa powyżej 50%, o czym już w krótce mieliśmy się okazję przekonać.Robiło się już późno, więc zeszliśmy z góry, aby wyruszyć w dalszą drogę. Kierunek - Gyongyos.


Z niecierpliwością czekam na następne opowiastki :)
OdpowiedzUsuń