poniedziałek, 28 listopada 2016

Sátoraljaújhely

Z Trebisova - zapomnianej przez boga dziury - udało nam się pociągiem dotrzeć do kolejnej zapomnianej przez boga dziury. Tym razem o wiele głębszej. W skali depresji: jeśli Trebisov to 13-latka, której rodzice nie pozwolili zadawać się z Rafałem, Michalany o których mowa są Kurtem Cobainem. Nie jestem pewien, czy poprawnie napisałem nazwę tej miejscowości, ale nie martwię się o negatywną reakcję jej mieszkańców, gdyż prawdopodobnie nie ma tam internetu (i prędko nie będzie). Na szczęście było to tylko nasze miejsce przesiadki, jednakże w chwili zwątpienia zacząłem już fantazjować, o prostszym życiu Słowackiego rolnika. Może kiedyś...
Następny pociąg zawiózł już nas pod samą granicę z Magyarorszagiem i oh boy, dało się wyczuć różnice natychmiastowo. Pierwszym odwiedzonym przez nas miastem było Sátoraljaújhely (Wbrew stereotypom, dalej nazwy miast będą coraz prostsze, aczkolwiek sam język Węgierski brzmi jak skrzyżowanie japońskiego, rosyjskiego i tego języka którym się mówi jak ma się kilka lat i udaje się angielski) a przechadzanie się jego uliczkami naprawdę napawało nadzieją. W kontraście do wielodzietnych rodzin i umazanych nieudolnymi tagami, szarych, odrapanych murów, eleganckie, czyste uliczki z drzewami po obu stronach przywodziły na myśl londyńskie przedmieścia.

Sátoraljaújhely wyglądało na niewielkie, lecz zadbane i tętniące życiem miasteczko. Co krok można było w nim zobaczyć wszelkiego rodzaju cukierenki, puby, restauracje, a nawet... uwaga, uwaga w Polsce tego nie macie... budki telefoniczne! Niestety, lub stety nie mieliśmy czasu na przesadne zwiedzanie, gdyż naszym celem na tamten dzień był Tokaj.
Kierowca pierwszego samochodu, jaki przejeżdżał koło nas, okazał się być nam przychylny i zabrał nas w darszą podróż. Uznaliśmy to za dobrą wróżbę, na resztę wycieczki. Nie mogliśmy być bardziej w błędzie. W tym miejscu, chciałbym sobie pozwolić na małą retrospekcję.

Jeszcze w Polsce, przytafiło nam się spotkanie, które cieniem położyło się na całą naszą wyprawę.
Łapiąc stopa w Krośnie, spotkaliśmy się z pewnym gościem. Ku naszemu niezadowoleniu, przy drodze stał z tego samego powodu co my. Jego przewagą nad nami był jednak fakt, iż w dłoni dzierżył pewien medalion - okrągłą kartkę papieru z tajemniczymi symbolami i otworem w środku - dzięki któremu udało mu się złapać okazję wcześniej niż nam. W tajemniczym artefakcie, rozpoznałem tahograf, jednak zagadka tego, w jaki sposób przydaje się on autostopowiczom, pozostała dla nas nierozwiązana, aż do końca wyprawy. (jeżeli ktoś z was już wie, jak to działa, proszę o nie spoilerowanie). Z człowiekiem z medalionem udało nam się przeprowadzić krótką rozmowę. Zapytał nas gdzie jedziemy, więc zdradziliśmy mu nasz plan podróży. Odpowiedział coś mniej więcej w tym stylu.
-Oooo za granicą to ciężko stopa złapać. W Polsce najlepiej.
-A łapał pan kiedyś za granicą?
-Niee.
Rozmowa wydała nam się komiczna, jednak prędko przekonaliśmy się, iż mężczyzna musiał być obdarzony zdolnościami nadprzyrodzonymi, gdyż miał w stu procentach rację. Do Tokaju w końcu dotarliśmy, po kilku długich godzinach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz