środa, 14 grudnia 2016

Budapeszt, Węgry

Dotarcie do Budapesztu, okazało się wcale nie być takim prostym. Właściwie trudności ze zdobyciem stolic, okazały się być zasadą, gdyż każda z nich utrudniała nam spenetrowanie jej ulic. Nie wiem czym to jest spowodowane, ale to prawdopodobnie fakt, iż jak wszyscy wiemy w stolicach zawsze mieszkają największe chuje.
Na obwodnicę Budapesztu podwiózł nas pan tirowiec z CPNu. Stamtąd wzięliśmy mpk do jakiejś bliższej centrum dzielnicy aglomeracji. Właściwie na tę chwilę nie jestem w stanie powiedzieć, jak nam się to udało. Ciężko nam było spotkać kogoś mówiącego po angielsku, na bardziej podmiejskich, zalatujących wsią, areałach. Do samego centrum zabrała nas kolejka. W sumie nie wiem jak mam to nazwać. W Budapeszcie znajdziemy pewną linię nadziemnego metra, czy chuj wie co to jest. Linia jedna jedyna, ale wiezie aż do samego centrum i nie śmierdzi.
Jeżeli chodzi o Budapeszt, to przypominał mi mocno Wrocław, ale jeśli Wrocław miałby chociaż krztynę jakiejkolwiek klasy. Miasto bardzo ładne pod względem zarówno architekturalnym jak i kulturowym. Typowa stolica, wszędzie wszystkiego pełno i każdy odnajdzie coś dla siebie.
Drogowskazy prowadziły nas w stronę ścisłego centrum. Po drodze zauważyliśmy jednak ponadprzeciętną ilość azjatów wchodzących i wychodzących z pewnego budynku. Skusiło nas to na odwiedzenie go i to był bardzo dobry wybór. W środku okazało się iż jest to swego rodzaju bazar. Na parterze dziesiątki stoisk ze świeżymi warzywami, owocami, mięsami i zwykłymi produktami spożywczymi. Jak wszędzie na Węgrzech, niepodzielnym królem bazaru był arbuz. Arbuzy w Madziarsku, letnią porą można znaleźć wszędzie i to w bardzo przystępnej cenie. Na piętrze bazaru znajdowały się różnego rodzaju małe restauracyjki i stoiska z Langoszami. O Langoszach napiszę przy innej okazji. Warto ten bazarek odwiedzić, klimat jest idealny i miło posłuchać grubych panów namawiających po węgiersku na kabanosa.
W końcu przyszedł czas na zasłużony odpoczynek. Dotarliśmy do ryneczku/placyku, gdzie na wszelakich instrumentach smyczkowych jacyś panowie wygrywali piękne melodie. W końcu mieliśmy okazję spokojnie usiąść, wypić piwo i odprężyć się, ale nie trwało to długo.
Powoli zaczynało się robić ciemno. Cyga nie proszący o drobne i kloszardowie śpiący na ławkach, we w sumie lepszych warunkach niz my do tej pory, przestawali powoli śmieszyć. Dotarło do nas, że jesteśmy w kurewsko dużej aglomeracji i właściwie ciężko będzie nam znaleźć ustronne miejsce, gdzie w spokoju będziemy mogli rozbić namiot. W akcie desperacji sprawdziliśmy nawet budki telefoniczne, jednak ktoś sprytny zaprojektował je tak, aby nie zamykały się od środka w żaden sposób.
Z braku lepszych pomysłów postanowiliśmy udać się nad rzekę, aby dołączyć do reszty przebywającej w Budapeszcie Gawiedzi, popijającej na ławeczkach wino. Nie udało nam się skończyć jednak nawet połowy, gdyż jeden z nas (nie powiem który), zwyczajnie spanikował i ruszyliśmy dalej. Plan spania pod mostem, zważywszy na to, iż w dużych miastach nigdy nie jest ciemno, oczywiście nie wypalił. Na szczęście jakimś sposobem ponownie znaleźliśmy się w pobliżu metro-kolejki. Uznaliśmy, że wysiądziemy na stacji, na której pociąg opuści najmniej osób. Okazało się być to strzałem w dziesiątkę. Wysiedliśmy na jakiejś przemysłowej, podmiejskiej dzielnicy. Na pole namiotowe wybraliśmy sąsiadujący z budową placyk, na którym znajdowała się głównie trawa i pozostałości po budowie. Dookoła nas zaś była droga, po której co chwilę przetaczało się kilka aut. Nie były to warunki luksusowe, ale w porównaniu do wizji spania na oszczanej klatce schodowej, czuliśmy się jakby sam pan Jezus pozwolił nam wygrzebywać sobie brud spod paznokci.
Takim stanem rzeczy nie nacieszyliśmy się długo. Kilka godzin później obudziła nas burza. I to nie taka hehe burza. To było kurwa burzysko. W trakcie błyskania się, niebo stawało się całe białe, a spojrzenie na ten piękny festiwal jebania nas w dupę równało się chwilowemu oślepieniu. Bozia co chwile groziła nam paluszkiem, ukrywając to pod postacią grzmotów słyszalnych sekundę po pojawieniu się błyskawicy na niebie. Lało jak z cebra, więc większość naszych rzeczy po chwili było mokrych jak gimnazjalistka na widok sesji Justina Biebera dla Calvina Kleina. Uznaliśmy, że należy przedsięwziąć jakieś kroki, gdyż takie bezczynne siedzenie i patrzenie na to co się dzieje, nie mogło przynieść żadnych efektów. Poszliśmy więc spać.
Na drugi dzień po przezwyciężeniu głębokiej depresji i żalu jaki żywiliśmy do wszechświata, postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce. W pobliżu znalazła się stacja benzynowa, w której udało nam się wysuszyć rzeczy. Po zakończeniu całej procedury, była już czternasta, więc uznaliśmy, że nie mamy już czasu na łapanie stopa, więc jezioro Balaton zdobędziemy pociągiem. W dodatku dzięki jakiemuś Węgrowi straciliśmy około dwie godziny, gdyż wysłał nas we wprost przeciwną stronę, jednak zaowocowało to nową znajomością. W miejskim autobusie przysiadła się do nas pewna starowinka, która ni w zbąb nie rozumiała co do niej mówimy, jednak ochoczo śmiała się z naszych żartów mimo wszystko.
Trochę nam zajęło, zanim przedarliśmy się na drugą stronę rzeki, na dworzec kolejowy, ale w końcu byliśmy w pociągu pełni spokoju. W końcu nad Balatonem mieliśmy w końcu odpocząć po tygodniowej wyprawie. Wyprać rzeczy i przeorganizować plecaki, oraz odprężyć się w słońcu i popływać. Heh. Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, to opowiedz mu o swoich planach.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz